Tradycja Roztocza powoli odżywa! Tutaj muzykuje się całymi rodzinami

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Pierwsza z prawej - Sabina Momot. Obok: Anna Zygmunt i Henryk Zygmunt
Pierwsza z prawej - Sabina Momot. Obok: Anna Zygmunt i Henryk Zygmunt Bogdan Nowak
Udostępnij:
Tak hucznej zabawy dawno na Roztoczu nie było. Uczestniczyliśmy w niej porwani wprost z ulicy. Jak to wyglądało? Muzycy i inni uczestnicy festiwalu zapakowali... siebie oraz wielkie, lśniące instrumenty na przyczepę i pojechali z muzycznym objazdem po kilku miejscowościach powiatu biłgorajskiego. Tak hulał po wsiach, polach i remizach Festiwal „Fanfara”!

- W naszych wioskach tak huczne zabawy to kiedyś często się odbywały – zapewnia 84-letnia Sabina Momot z Hoszni Abramowskiej (gm. Goraj). - To była w dawnych czasach rozśpiewana i roztańczona okolica. Wszyscy garnęli się do muzyki to i grajków, a nawet całych orkiestr mieliśmy wiele: w sąsiedniej Jędrzejówce, a i dalej – np. w Goraju. Zimą były organizowane we wsi zabawy zwane „Pierzaczki”: od puchatych pierzyn, które się wyciągało z szaf. Organizowano też jesienne potańcówki „Obieraczki”. Bawiono się również przy międleniu lnu i kiedy się tylko dało.

Przez lasy i pola

Anna Zygmunt, Henryk Zygmunt i Piotr Komornik z Hoszni Ordynackiej zapewniają, że tradycyjna muzyka grana przez dawnych muzykantów była piękna i bardzo popularna. - Dawała radość, wytchnienie. Ale teraz też tak jest! – podkreślają.

Festiwal „Fanfata” wyruszył w objazd w sobotę (28 sierpnia). Na przyczepie przemieszczali się muzycy Gminnej Orkiestry Dętej z Goraja. Z nimi wybrali się skrzypkowie, bębniarze oraz inni uczestnicy festiwalu. Była to niezwykła kawalkada. Za przyczepą z trąbiącymi i bębniącymi muzykami jechali na innej „furce” - ciągniętej także przez stary, głośno pyrkający traktor - festiwalowi goście. Inni pedałowali obok na rowerach lub jechali własnymi autami.

Ów obwoźny festiwal spotkaliśmy na polach powiatu biłgorajskiego. I przyłączyliśmy się. Wszyscy zajechaliśmy przed remizę strażacką w Hoszni Abramowskiej. Tam orkiestra dęta dała kolejny, tym razem stacjonarny koncert, a po niej wystąpili skrzypkowie i inni muzycy. Odbyły się także tańce przy sklepie spożywczo-przemysłowym Józefa Głowali.

Okoliczni mieszkańcy przypatrywali się poczynaniom festiwalowym z życzliwością. Festiwal nie zagościł jednak w tej wiosce długo. Roześmiani imprezowicze pojechali – przez lasy i pola – do kolejnej wioski i jeszcze następnej.

Wieczorem wszyscy dotarliśmy do Chłopkowa (gm. Frampol), gdzie przed miejscową remizą odbył się wspólny koncert. Tym razem zagrała także: Kapela Bornego z Podzamcza i Kapela z Gisowa, a tradycyjne pieśni pięknie zaśpiewała Janina Pydo oraz śpiewaczki z zespołu „Jarzębina” z Kocudzy. Potem uczestnicy tańczyli na deskach przed remizą. Z potężnym przytupem – bo było trochę zimno.

Organizatorzy podkreślają, że festiwal tradycyjnej muzyki, śpiewu i tańca „Fanfara” ma charakter kameralny i jest „domowej roboty”. A jednak to była już jego czwarta edycja (tegoroczne przedsięwzięcie odbywało się w dniach 25-29 sierpnia). Zorganizowano także m.in. warsztaty z repertuarem pieśni z okolic Frampola, Goraja i Szczebrzeszyna. Zajęcia prowadziła Agnieszka Szokaluk oraz śpiewaczki zespołu „Jarzębina”. Można było także uczestniczyć w muzycznych próbach kilku zespołów.

Muzyczny mikrokosmos

- My też prowadziliśmy warsztaty – opowiada 65-letni Sławian Kotyła, muzyk Gminnej Orkiestry Dętej z Goraja. - Uczestniczyli w nich młodzi i starsi. Bardzo nas to raduje. Ludzie zaczynają doceniać unikatowy charakter folkloru i muzyki Roztocza szczebrzeszyńsko-gorajskiego i naszą długą tradycję.

Głównymi organizatorami tegorocznej edycji festiwalu była Warszawsko-Lubelska Orkiestra Dęta, Towarzystwo dla Natury i Człowieka oraz MuzykaRoztocza.pl. Nie była to tylko zabawa. Z czym mieliśmy zatem tak naprawdę do czynienia?
Nie zawsze zdajemy sobie sprawę z unikatowego dziedzictwa Roztocza. Na szczęście są ludzie, którzy to zmieniają. I to na wiele sposobów. Niedawno ukazała się książka pt. "Przy onej dolinie. Zaburze, Radecznica, Roztocze Szczebrzeszyńskie". To opowieść o muzyce tradycyjnej wykonywanej na Roztoczu, jej wykonawcach oraz miejscowych zwyczajach.

Publikacja została opracowana przez Krzysztofa Gorczycę z Towarzystwa dla Natury i Człowieka, jednego z organizatorów Festiwalu „Fanfara” (współpracowały z nim Agata Turczyn i Agnieszka Szokaluk-Gorczyca). Książka stała się przewodnikiem po lokalnej historii muzycznej. Na podstawie archiwalnych dokumentów i nagrań oraz badań przeprowadzonych w 2017 r. (chodzi m.in. o rozmowy z muzykami i śpiewakami oraz ich potomkami) wysnuto opowieści o kilku generacjach artystów.

Co ich łączyło? Żyli na terenie historycznej (istniejącej od 1403 r.) parafii w Mokrymlipiu lub w jej sąsiedztwie. Nie bez znaczenia jest również związek muzykantów i śpiewaków ze sławnym Sanktuarium św. Antoniego w Radecznicy. Także dzięki jego wpływowi powstał – jak określili autorzy – "muzyczny mikrokosmos".

Piękne, religijne pieśni śpiewane w starym klasztorze musiały wpłynąć na miejscową kulturę. Kształtowały też światopogląd i estetykę muzykantów. Nie tylko. Znaczenie miała także wielokulturowość dawnej Zamojszczyzny. Oskar Kolberg, XIX-wieczny etnograf opisał np. kilka wesel odbywających się w Radecznicy i m.in. w Turobinie (był to zapis wypraw, które odbywał w latach 1848-1868). W jego zapiskach znalazły się nuty i teksty pieśni obrzędowych. Pisał także o włościanach i ich zwyczajach.

Do tańca i do różańca

"W Radecznicy lud jest mazurski i obrządku łacińskiego. Mimo to pieśni obrzędowe, osobliwie weselne, mają wiele cech wspólnych z ruskiemi (...), z temi, które słyszeliśmy nucone przez unitów (chodzi o grekokatolików) np. we wsi Krupe pod Krasnymstawem, jak i w kilku wsiach pod Zamościem" – pisał badacz w 1867 r.

Dawni muzycy przygrywali jednak głównie do tańca, bo tego od nich oczekiwano. W kapelach z okolic Radecznicy muzykowano zwykle na skrzypcach i bębenku. Tak wyglądały najstarsze składy. Na skrzypków – podobnie jak w innych rejonach kraju – patrzono jednak z dużą nieufnością. Podejrzewano ich np. o konszachty ze złymi mocami. Uważano, że potrafią "wyczyniać" dziwne, tajemnicze sztuczki.

"Bohater jednej z (...) opowieści, zasłyszanej w Latyczynie, skrzypek o nazwisku (przezwisku?) Gębka, namówiony przez zazdrosnego młodzieńca miał sprawić, że dziewczynie, która tańczyła z innym chłopakiem, spadła w tańcu spódnica" – czytamy w książce "Przy onej dolinie...". "Czarodziejskie umiejętności przypisywano także trzem braciom – członkom kapeli ze Smorynia, którzy potrafili np. sprawić, by woda płynęła z pieca".

Trudno się tym opowieściom dziwić. Muzyka zawsze miała dziwną moc, upajała tancerzy, a czasami doprowadzała ich do nieprzytomności. Dlatego postacie samych grajków budziły wielkie zainteresowanie. Najstarszym, znanym z nazwiska skrzypkiem w tej okolicy, był urodzony w 1885 r. Józef Kosz z Podlesia. W źródłach znane są także nazwiska lub przezwiska innych muzykantów. To m.in. Wawrzyniec Zaburski, Oleniakowie z Zaporza, niejaki Dyndor z Gruszki Zaporskiej, Kosik i Pecyna z Chłopkowa oraz Kotyła i Cieplak z Latyczyna. Przed II wojną światową znana była także kapela braci Władysława, Andrzeja i Feliksa Pietrzniaków z miejscowości Źrebce oraz kapela z Mokregolipia.

Potrzebne naturalne środowisko

Znanym skrzypkiem i lutnikiem (skonstruował podobno pół setki skrzypiec) był Władysław Kucharski z Zakłodzia (żył w latach 1908-2010). W Podborzu słynni byli natomiast muzykanci z rodziny Wypychów, w Dzielcach – skrzypkowie Andrzej Sykała i Stanisław Sykała, a w miejscowości Sąsiadka skrzypkowie – Stanisław Magdziarz, Andrzej Magdziarz, Andrzej Kowalski, a potem także Bronisław Magdziarz (syn Andrzeja). Nie brakowało także skrzypków (to ich przede wszystkim uważano za pełnoprawnych muzyków) wędrownych. Wśród nich był m.in. Paweł Wypych z Podborza.

Okolica obfitowała w orkiestry dęte. Sławian Kotyła mówi, że kiedyś istniały one… co pięć kilometrów. Naliczył ich w okolicy „przynajmniej” osiem. - Muzykowano całymi rodzinami – podkreśla pan Sławian. - Mój tato grał na tubie, ja gram na bębnie, moja córka – na saksofonie, a dwaj synowie na trąbce i klarnecie. Jednak tradycja wspólnego muzykowania zaczęła w okolicy zanikać ponad dekadę temu. Jednak coś się zmienia na lepsze. Muzyka tradycyjna ostatnio odżywa!

Pan Sławian ma na to przykłady. - Przed festiwalem „Fanfara” graliśmy całą orkiestrą (liczy ona 16 muzyków) na weselu, a teraz mamy kolejne takie zamówienie. A potem zaproszono nas do grania na dożynkach – wylicza. - Istniejemy i mamy z tego radość.

Także o to organizatorom festiwalu chodziło. - Tradycyjna muzyka miała kiedyś charakter praktyczny. Słyszało się ją na weselach, pogrzebach, przy modlitwach. Próbujemy jej ów charakter przywrócić, bo tylko w ten sposób może ona w naturalnym środowisku przetrwać – mówi Krzysztof Gorczyca. - Prowadzimy wiele działań. Rozmawiamy z ludźmi, poszukujemy starych pieśni, zapisujemy to co się da jeszcze zapisać. To przynosi efekty. Np. na weselach Roztocza znów pojawiają się stare pieśni związane np. z oczepinami. Ale to dopiero początek naszej drogi...

Szkoły wracają częściowo do nauki zdalnej.

Wideo

Materiał oryginalny: Tradycja Roztocza powoli odżywa! Tutaj muzykuje się całymi rodzinami - Zamość Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie