Największa katastrofa lotnicza w woj. lubelskim: Sześć pogrzebów zamiast hucznego wesela. Śmigłowiec runął przy gościach weselnych

Krzysztof Załuski
Sześć osób zginęło w wypadku śmigłowca, do którego doszło w podlubelskim Sporniaku. Śmigłowiec miał być jedną z głównych atrakcji uroczystości weselnej. Zamiast tego stał się najgorszym koszmarem wszystkich jej uczestników. To była największa katastrofa lotnicza w historii województwa lubelskiego.
Największa katastrofa lotnicza w woj. lubelskim: Sześć pogrzebów zamiast hucznego wesela. Śmigłowiec runął przy gościach weselnych

Tragedia wydarzyła się w 1992 r., tuż przy szosie prowadzącej z Lublina do Wojciechowa. To tutaj, w Sporniaku jeden z miejscowych rolników organizował wesele dla swojej córki. Do uroczystości pozostawało już niewiele czasu. Ostatnie zakupy, pośpieszne przygotowania, nerwowa krzątanina. Wszystko miało być zapięte na ostatni guzik. Zaproszenia wysłane. W sumie miało być kilkaset osób - jak to wówczas na wiejskim weselu.

Na pomysł, żeby ze śmigłowca rzucać kwiatki wpadła prawdopodobnie jedna z mieszkanek. Pracowała w bufecie w Radawcu. Tu znajduje się do dzisiaj lotnisko Aeroklubu Lubelskiego.

To miała być niespodzianka dla młodej pary

Śmigłowiec miał się pojawić nad posesją, zejść jak najniżej i wtedy na głowy gości poleciałyby kwiaty oraz cukierki. Kobieta chciała w ten sposób zrobić też niespodziankę jeszcze jednej osobie - był to jej syn, który grał w weselnej kapeli.

Wcześniej załatwiła wszelkie formalności. Śmigłowiec należał do Zespołu Lotnictwa Sanitarnego w Lublinie, który „dorabiał” sobie, organizując m.in. loty wycieczkowe. Kilka miesięcy wcześniej właściciele śmigłowca otrzymali koncesję na świadczenie usług lotniczych, w tym także właśnie na loty wycieczkowe.

Największa katastrofa lotnicza w woj. lubelskim: Sześć pogrzebów zamiast hucznego wesela. Śmigłowiec runął przy gościach weselnych
archiwum

W niedzielę po południu śmigłowiec wystartował. Była godz. 17. Śmigłowiec, który służył do lotów wycieczkowych, miał niewiele paliwa. Pilot wybrał drugi - ten, który był akurat w pełni zatankowany. Był koniec sierpnia, pogoda jak na zamówienie - ponad 30 stopni w cieniu, a żar lał się nieba; nie było czym oddychać. Mi-2 do Sporniaka miał raptem „rzut beretem” - dwa i pół kilometra.

Pilot zabrał na pokład siedmiu pasażerów, w tym trójkę górali, którzy akurat w okolicy budowali dom. Mógł zabrać co najwyżej cztery osoby, gdyż była to wersja sanitarna - z czterema fotelami, wyposażonymi w pasy bezpieczeństwa. Pozostali pasażerowie usiedli na noszach i podłodze.

Obok niego usiadła kobieta, która miała być organizatorem lotu. Po kilku minutach śmigłowiec Mi-2 był już nad domem, w którym trwało wesele.

Goście, słysząc śmigłowiec wyszli na zewnątrz

Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że ma to być kolejna atrakcja zabawy. Nic wtedy nie zapowiadało, że sytuacja wymknie się spod kontroli. Helikopter zatoczył - tak jak planowano - kilka kręgów nad domem, po czym zaczął powoli zniżać lot. Z okna śmigłowca wychyliła się kobieta i zaczęła rzucać kwiatkami. Na dół poleciały wkrótce też cukierki. Rzucająca chciała, żeby spadły jak najbliżej młodej pary. Wszyscy byli zachwyceni pomysłem. Rozległy się okrzyki radości, goście śmiali się i machali rękoma w stronę maszyny. Niespodzianka się udała.

W pewnym momencie śmigłowiec zszedł bardzo nisko, słychać było, że silnik zaczyna się dusić, nagle zakołysał się niebezpiecznie i stało się nieszczęście: śmigłem zawadził o przewody średniego napięcia. Był wówczas nie wyżej niż 8-10 metrów nad ziemią.

Posypały się iskry i zanim ktokolwiek zdążył krzyknąć - runął na ziemię

W tym samym momencie pojawiły się płomienie. Śmigłowiec leżał na prawym boku. Niektórzy ruszyli na ratunek uwięzionym we wraku pasażerom. Świadkowie tej tragedii zeznali później, że przez okno widzieli, jak rozpaczliwie machali rękoma i próbowali wołać pomocy. Ogień był coraz większy. Ktoś pobiegł do samochodu po gaśnicę. Za nim następni. Próby gaszenia maleńką jak zabawka gaśnicą spełzły na niczym. Nie można było gasić wodą, gdyż helikopter uszkodził linię średniego napięcia, wskutek czego na wsi wody nie było, bo nie działały pompy. Do płonącego jak pochodnia wraku nie dało się podejść. Jedna z pasażerek usiłowała wydostać się z rozbitego śmigłowca. Ktoś z gości chciał jej pomóc, ale płomienie były zbyt duże.

Wszędzie był ogień, wkoło wraku paliła się trawa. Po kilku minutach czarny dym widać było z odległości kilku kilometrów. Zaraz też straż odebrała wiele telefonów od zaniepokojonych mieszkańców odległych od Spornika miejscowości.

Nie było kogo ratować

Widok był przerażający. W środku znajdowały się spalone ciała pasażerów. Zginęło sześć osób - czterech mężczyzn i dwie kobiety, uratował się tylko pilot i 18-letni pasażer. Obydwaj ocaleli cudem. Pilot zdążył wybić szybę po swojej stronie i wyczołgał się na zewnątrz. Udało się także młodemu mężczyźnie. Uciekł tą samą drogą. Został jednak poważnie ranny. Miał m.in. poparzoną twarz. Nie można go było długo przesłuchać. Spędził wiele miesięcy w szpitalu, potem czekała go długa rehabilitacja.

Ofiar mogło być o wiele więcej - Mi-2 spadł tuż koło domu. W dwupiętrowym budynku i ustawionych na podwórku dwóch wojskowych namiotach przebywało wtedy blisko 200 osób. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby śmigłowiec spadł na dom. W wyniku pożaru spaliły się także cztery samochody należące do weselników. Pozostali zdążyli przestawić swoje samochody zaparkowane w pobliskim sadzie.

Policja po wypadku zatrzymała pilota i mechanika, który dopuścił śmigłowiec do lotu. Rozbity Mi-2, śmigłowiec na licencji radzieckiej, był jednym z dwóch należący do Kolumny Transportu Sanitarnego w Lublinie. Był w dobrym stanie technicznym, został wyprodukowany cztery lata wcześniej w WSK w Świdniku. Ten lot, jak się okazało, był też jak najzupełniej legalny. Helikopter mógł świadczyć tego rodzaju usługę.

Pilot nie dopełnił jednak kilku formalności, które są przewidziane przed lotem: nie było sporządzonej listy pasażerów oraz nie przeprowadzono tzw. próby ciągu. Pilot powinien najpierw zawisnąć 5 metrów na ziemią, sprawdzić, czy wszystko należycie funkcjonuje i dopiero potem miał prawo zabrać pasażerów na pokład.

46-letni pilot feralnego lotu był doświadczonym w swoim fachu. Ze śmigłowcami miał do czynienia od kilkunastu lat, spędził za ich sterami ponad 1000 godzin, pilotował także samoloty. W chwili wypadku był trzeźwy, co wykazało badanie za pomocą alkomatu.

Według ekspertów, ten śmigłowiec wymagał od każdego pilota dużej precyzji przy lataniu na niskiej wysokości. W pewnym momentach brakowało mu mocy.

Wstrząsające dla wszystkich było ustalenia lekarzy medycyny sądowej. Gdyby nie pożar, prawdopodobnie wszyscy wyszliby z tego wypadku bez większych obrażeń. Świadczą o tym również zeznania świadków, którzy mówili, że widzieli we wraku twarze przerażonych pasażerów wołających o pomoc. Śmierć nastąpiła w wyniku pożaru.

Pilot został skazany na cztery lata więzienia. Stracił też prawo do latania.

Dopłaty do cen energii

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie